22.11-30.11.2015
Warszawa – Kutaisi
Kutaisi – Warszawa
To nie brak
pieniędzy sprawia, że zamiast jeździć i czerpać z życia to, co najlepsze tylko
siedzisz i co najwyżej marzysz o podbijaniu świata wertując kolejne strony ze
zdjęciami w Internecie. Podstawowym problemem jest szukanie wymówek i ograniczeń
na siłę, nawet to nieświadome, które w jakimś stopniu niepotrzebnie zniechęca
Cię do wyjazdu. A tu nie mogę, bo nie wiem jak z pracą, jak z uczelnią, a to
jeszcze dużo czasu. Będąc szczerym, nigdy nie byłam pewna czy będę w stanie
jechać kupując bilet lotniczy, ale w ciągu tego czasu robiłam wszystko, co w
mojej mocy, żeby to było możliwe. Jeśli naprawdę chce się coś zrobić, dążąc do
tego, osiągniesz to.
Minęły cztery
miesiące po powrocie z tego uroczego kraju. Było warto? Zawsze warto. Gdziekolwiek
się człowiek nie znajdzie, każda wyprawa daje doświadczenie. Nie istotna jest
destynacja, ważne są przeżycia, poznani ludzie i gdy już się wróci, przejrzenie
na oczy i docenienie tego, co się ma.
8 dni, 8 stopów, 4 miasta, 1 kraj
Opuszczając
tydzień uczelni, wyruszyły mając w kieszeni bilet tanich linii lotniczych w
dwie strony oraz nieprzepisowy bagaż do Wizzair’a na plecach.
Dosłownie
chwilę przed wyjazdem, mniej więcej zaplanowały swoją drogę na mapie, ale jak
to w praktyce bywa, były zbyt łapczywe i plan uległ zmianie w trakcie.
Mimo tego, że
to końcówka listopada i wszyscy mówili:, „Po co jedziecie, będzie przecież
zimno”, przywitała nas przepiękna pogoda, która trwała do samego końca. Przyleciałyśmy
rano do Kutaisi i z racji tego, że było jeszcze ciemno, dla bezpieczeństwa
przesiedziałyśmy na lotnisku dopóki nie ujrzałyśmy pierwszych promieni
świetlnych. Stopem na chwilę do centrum, w którym tak naprawdę nie było nic, co
potwierdzają sami Gruzini, i łapiemy kolejnego stopa w kierunku Morza Czarnego!
Pierwszy punkt – Batumi. W ciągu 2
godzin pokonałyśmy 150 km, na stopa nie czekając dłużej niż 10 minut. Tak
naprawdę przez całą podróż szło nam to niewiarygodnie sprawnie. Nasz rekord to
ledwie podniesiona kartka z napisem miejscowości i chyba zawdzięczamy to naszemu
europejskiemu urokowi. Będąc w tym słynnym miejscu trafiłyśmy na +20 stopni
Celsjusza gdzie mogłyśmy wygrzać nasze kości na kamienistej plaży, co wcale nie
uniżało naszemu komfortowi wypoczynku. Przez dwa dni towarzyszył nam miejscowy
piesek, który dreptał za nami krok w krok. Nie jest to miasto, które
odzwierciedla prawdziwą Gruzję. Zrobione na styl europejski typowo pod turystów
nie oddaje uroków kraju, jest jednak miłym punktem zatrzymania się.
Drugiego dnia
naszym celem był ogród botaniczny oddalony o 10 km od miejsca naszego pobytu, sugerując
się wpisami w Internecie, w planach poświęciłyśmy na niego cały dzień jednak
uwinęłyśmy się ze spokojem w parę godzin. Rzeczą, która nas zszokowała był
natłok par ślubnych. Gdy zobaczyłam pierwszą stwierdziłam, że to bardzo urokliwe
miejsce na taką okoliczność, jednak po doliczeniu się 8 pary młodej i
obserwowaniu mieszania się wszystkich gości na wąskich alejkach ogrodu,
automatycznie zmieniłam zdanie.
Najdłuższy
odcinek z Batumi do Tbilisi pokonałyśmy pociągiem za 18 Lari, co równoznaczne
było z kwotą 36 zł. W pięć i pół godziny dotarłyśmy do serca Gruzji pozwalając
sobie na popołudniowy spacer po okolicy, aby rano wyruszyć w miejsce, na którym
nam najbardziej zależało.
Jako
licencjonowane geografki naszym celem była natura, wspaniałe widoki i miejscowi
ludzie, to właśnie w tamtym kierunku podążałyśmy. Wylądowałyśmy w Gegreti,
małej wiosce obok Kazbegi w górach kaukaskich, na północ od Tbilisi. Uroczy
mały hostel obsługiwany przez starszą Gruzinkę, która traktowała nas jak swoje
własne dzieci ścieląc nam łóżka był idealnym miejscem do wypoczynku a chaczapuri
było naszym uwielbianym posiłkiem, który lądował w naszych dłoniach prawie
codziennie. Objadałyśmy się tym serowym pieczywkiem nie tylko z powodu, że było
smaczne, ale również tanie.
Marszrutki to
tani środek lokomocji, nie raz skorzystałyśmy i nie raz one chciały skorzystać
z nas, ale tak czy siak, stopowanie dało nam więcej satysfakcji i wyzwania, czy
wsiadać czy nie. Oczywiście i tak mimo częstych wątpliwości ładowałyśmy tyłki do
auta zamykając z trzaskiem drzwi.
I tak nam się to stopowanie spodobało, że wracając z Warszawy do Poznania też się udało.
Niesamowite miejsce!
OdpowiedzUsuńZgadza się! Ludzie wspaniali i widoki górskie nieziemskie!
Usuń