Wolontariat - Kenia 2013




W trakcie poszukiwania miejsca na Ziemi, próbuję również znaleźć dla siebie kawałek przestrzeni w sieci. Jak na razie większość portali po pewnym czasie, w jakiś sposób mnie do siebie zniechęcała. Będąc szczerym, była to pewnie kwestia lenistwa i braku systematyczności, ale na coś trzeba zrzucić. Jako, że planuję w niedalekiej przyszłości kolejne wyprawy, mniejsze lub większe i aby trzymać wszystko w jednym miejscu, podzielę się z Wami moją wyprawą do małej kenijskiej wioski Laare.



10 sierpnia 2013

Z 24 godzinnym opóźnieniem nawet jeszcze nie dotarłam na miejsce. Wszystko zaczęło się od tego gdy mój tata dostał telefon, że lotnisko w Nairobi płonie. Nie chciałam za bardzo w to wierzyć ale gdy włączyłam BBC, szczęka mi opadła. Za 19h miałam wylądować w miejscu, które pokryte było ze wszystkich stron ogniem. Władowałam się w samochód i udałam do Warszawy. Na miejscu oznajmili mi uprzejmie, że mój lot przez Amsterdam został odwołany ale mają dla mnie alternatywny przez Katar, w którym będę czekać 2h aby dalej udać się na lotnisko Kilimandżaro w Tanzanii i stamtąd drogą naziemna do Kenii. Nie widząc innej opcji przyjęłam oferowane połączenie. Przeszukiwali mnie ze wszystkich możliwych stron po dwa razy i już przy odprawie zapomniałam zabrać cenną dla mnie rzecz. Mam cichą nadzieję, że za dwa miesiące jak będę wracać to ją gdzieś tam zastanę. W Katarze znalazłam się po jakichś 7 godzinach lotu i wygodnie wraz z grupą Polaków rozsiadłam się czekając na kolejną odprawę. Po dwóch żmudnych godzinach oznajmili mi, że wylot będzie o godzinie 5 rano, i jakby tego było mało, po następnej godzinie został odwołany i przeniesiony na godzinę 11:00. Na całe szczęście powiedzieli, będą mieli już pozwolenie na lądowanie w Kenii. Linie lotnicze Qatar Airways zapewniły podróżującym hotel, w którym i tak zdążyliśmy przespać się tylko 4 godziny. Nigdy nie przypuszczałam, że gdzieś na świecie może być tak gorąco. W Doha panują takie temperatury, że miałam problemy ze złapaniem powietrza w płuca. Przechodząc z klimatyzowanych pomieszczeń na zewnątrz dostaje się w twarz z gęstej powietrznej zawiesiny, i to dosłownie. Taka intensywna sauna 24/7. Rzecz, która rzuciła mi się w oczy przez tę chwilę pobytu to to, że 90% samochodów ma biały kolor. Pełna werwy zjawiam się na lotnisku tego samego dnia, przekonana, że niedługo postawię stopę w Nairobi a tu kolejna niespodzianka. W ostateczności znalazłam się w Tanzanii. Lot umilił mi pewien Kenijczyk dzięki któremu bez większych problemów znalazłam się w autobusie zapełnionym Afrykańczykami który podążał do stolicy. Wiecie, że na tutejszych drogach nie zauważyłam żadnej dziury? Było natomiast pełno wybrzuszeń i pagórków zwalniających co 300m, przy których trzeba było drastycznie hamować. Pomijając fakt, że kierowca musiał reagować z dużym wyprzedzeniem bo hamulce nie należały do najsprawniejszych oraz panujący tu ruch lewostronny sprawiał wrażenie niezbyt bezpiecznego nie czułam się jakoś zagrożona. Być może przez Hiszpana, który śmiał się po cichu z wszelkich sytuacji drogowych niemożliwych do przeżycia w Europie. W nocy dotarłam na miejsce i przejęta przez Polską misjonarkę z ulgą przenocowałam w Nairobi aby następnego dnia wyruszyć do Laare. Moja podróż która miała trwać około 18 godzin, trwa już dwa dni i ciągle nie jestem tam gdzie miałam już dawno być. 

Przejeżdżając równik, trzeciego dnia wyprawy pod wieczór, w końcu dotarłam do Laare i pierwsze co zauważyłam odkładając torbę na ziemię, to pająk takich trochę solidniejszych rozmiarów niż te nasze. Zaliczyłam kąpiel w wiaderku i teraz leżę już w łóżku pod moskitierą chroniącą mnie (mam nadzieję) przed tymi złośliwymi komarami rozsiewającymi malarię, za oknem słyszę niezidentyfikowane zwierzęta i silne podmuchy wiatru. Na całe szczęście jeszcze jestem w stanie powstrzymywać moją wyobraźnię od różnych głupich wybryków. Tak jak w Katarze w środku nocy obudziły mnie zza okna jakieś arabskie modły przez megafon, tak w Nairobi z samego rana pod oknem beczały kozy. Jestem ciekawa jaka pobudka będzie jutro.

Na szybko stanęliśmy w Nairobi przy supermarkecie aby kupić chleb i trochę chemicznych rzeczy ale jak się już wcześniej przekonałam to że nam się śpieszy, to nie znaczy że im też. Utknęliśmy w kasie na 40 minut bo jeden produkt nie chciał przejść przez system. 














Strasznie się cieszę, że wrzuciłam do torby bluzę i kilka ciepłych rzeczy, bo uwierzcie mi, że jest tu zimno. Nawet bym powiedziała bardzo zimno. 



10 sierpnia 2013

Dziś pierwszy dzień w Laare. Po śniadaniu wyruszyliśmy do wioski w poszukiwaniu dzieci do projektu, w którym zostanie im przyznana pomoc materialna oraz poszliśmy sprawdzić co słychać u tych objętych programem. W rodzinach jest minimalnie po pięcioro maluchów. Niektóre były naprawdę w strasznym stanie. Pieluchy nie zmieniane od dłuższego czasu, stan stóp i paznokci zostawiał wiele do życzenia. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że biegają całe życie na boso. Historie jakie noszą w sobie dzieciaki sprawiają, że na skórze pojawiają się ciarki. Matki albo umierają przy porodzie, albo zostawiają je w obcych rękach i odchodzą. Są też takie, które po urodzeniu potomka doznają choroby psychicznej i nieleczone staczają się na dno. Tam gdzie można było zostawiliśmy jedzenie i mydło. W niektórych przypadkach niestety było to niemożliwe, na przykład gdy rodziców nie było na miejscu a zamiast tego schodziło się pełno sąsiadów. Były też sytuacje, w których wiadomo było, że ofiarowane jedzenie nie będzie dla dzieci i to jest chyba największy problem tutejszej społeczności. 


Wracając do domu wsiedliśmy w Matatu. Było to standardowe auto przystosowane do przewozu 5 osób, jednak my zmieściliśmy się do niego w 11, z czego cztery osoby łącznie ze mną siedziały z przodu. Było jeszcze wolne miejsce w bagażniku! Chodzą pogłoski, że wejdzie do niego 17 osób.




















Standardowy dom rodziny z okolicy Laare. 





Matatu





12 sierpnia 2013 

Kenia to miejsce, w którym czas płynie swoim tempem. Wzdłuż asfaltowych dróg prowadzących przez miasta i wioski, przez cały dzień biega pełno dzieci, poustawiana jest niezliczona ilość straganów, jednym słowem kwitnie afrykańskie życie. Nie polecam wchodzić do sklepu mięsnego gdyż z miejsca zostaniecie wegetarianami. Podobno mają tu takie coś jak sanepid, ale nie mam pojęcia na jakich on prawach działa. Mięso w całości wisi na solidnych hakach od sufitu aż po ziemię w mało sterylnym pomieszczeniu. Mniejsze części zwierząt leżą sobie ot tak na tacce przed nosem klienta gdzie wszyscy stoją i plotkują a po murku spływa z nich soczyście czerwona krew. Nawet nie miałam ochoty robić wtedy zdjęć. Idąc po ulicy czuję się obserwowana z wszystkich stron. Niektórzy dorośli burkną coś w stylu witaj, inni z kolei chętnie podają rękę na przywitanie, dzieci natomiast śmieją się od ucha do ucha i machają wesoło. 


W pewnym momencie zrobił się hałas na ulicy i drogą szła zgraja przyozdobionych mężczyzn wykrzykując coś w swoim plemiennym języku. Ogłaszali, że na dniach odbędzie się obrzezanie jednego z chłopców. Gdy ludzie ich zobaczyli, zaczęli chować się w bramach. Lepiej nie wchodzić takim w drogę, bo podobno biją wszystkich, którzy im się nawiną pod rękę. 


Podczas nocnego podróżowania zauważyłam, że podczas mijania się z naprzeciwka samochody i autobusy używają prawego kierunkowskazu. Jeszcze to spróbuję rozgryźć.


Dziś mam zamiar owinąć się dodatkowo ręcznikiem zanim pójdę spać, bo wczoraj zimno dało mi w kość. Nie wiem czy to normalne, ale w kraju, który uchodzi za gorący, śpię z kocem na głowie i skarpetkami na nogach. Zaznaczając, że nie mieszkam w lepiance z krowiego łajna.

Wraz z poniedziałkiem, pierwszy raz od mojego kilkudniowego pobytu przybyły tu dzieci. Serce mi się krajało, gdy podczas jedzenia lizaków zahaczały nimi wszystko co możliwe na drodze i wkładały je z powrotem do buzi, jednak mam świadomość, że akurat to nie jest im w stanie zaszkodzić.




























16 sierpnia 2013

Jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie do tej pory w życiu widziałam, to gwiazdy w bezchmurną noc na równiku. Tego widoku nie można porównywać z tym europejskim, mimo iż w tle widać praktycznie to samo. Tutaj gwiazdy świecą niesamowicie silnym blaskiem, jest ich mnóstwo i są rozrzucone po całym niebie, od samego zenitu aż po horyzont. Ma się wrażenie, że są w zasięgu ręki. 


Pokonując wczesnym rankiem silną mgłę, po 5 godzinach drogi znajduję się ponownie w stolicy. Tym razem rekreacyjnie w ciągu tych trzech dni mam zamiar zobaczyć oraz kupić to i owo. Zaliczyłam już stragany z owocami, podróż matatu do centrum, jeszcze dalej i z powrotem. Przez szyby podziwiałam codzienne życie miastowych Kenijczyków, dla których przepisy drogowe to prawdopodobnie tylko świstek zbitych kartek. W tym gwarze ulicznym wszystko zlewa się w jedną całość, ludzie przechodzą przez drogę gdzie się tylko da. Nic w tym dziwnego, gdyż prawie w ogóle nie ma tu przejść dla pieszych. Przy wejściu do supermarketu czułam się jak na jakimś lotnisku, gdyż wszystkich po kolei sprawdzali czy nie wnoszą bomby i mimo iż nie miałam nic na sumieniu poczułam się odrobinę niepewnie. 


Równik ma to do siebie, że robi się tu ciemno w zastraszającym tempie i to już o godzinie 19:00. Niestety wyłącznik mam daleko od łóżka i gdy gaszę światło, wędruję poomacku bo jest tak ciemno, że nie idzie tu odczuć różnicy między zamkniętymi a otwartymi oczami. Nic nie daje przyzwyczajanie wzroku, próbowałam. 

Dziś poznałam bardzo ciekawą osobę, albinoskę. Jej obydwoje rodzice są ciemnoskórzy a ona sama mimo swoich rysów twarzy odziedziczonych po ojcu i matce jest biała. Po moich wnikliwych wpatrywaniach stwierdzam, że strukturę włosów ma również jak Afrykanka. Mocno lokowana burza na głowie w jej przypadku jest jednak w kolorze blond. Słyszałam o takich przypadkach na lekcjach biologii w szkole, ale nie przypuszczałam, że kiedyś spotkam kogoś tak niezwykłego w codziennym życiu. 

Mamo, spokojnie. Czuję się tu bezpieczniej niż w niektórych częściach naszego miasta. 









































18 sierpnia 2013

Myślę, że jednym z największych nieszczęść, z jakimi boryka się w tym momencie Kenia są śmieci. Leżą po prostu wszędzie i wydaje się jakby im w ogóle nie przeszkadzały. Jeszcze dwa lata temu nie było tego problemu. Każdy odpad był skrupulatnie wykorzystywany przez to, że brakowało butelek, siatek. Teraz gdy nadszedł czas, w którym mają ich nadmiar, nikt o nie nie dba, co niestety niszczy wizerunek kraju. 

Ludzie mają tu tendencję do wypoczywania na łonie natury, dosłownie. Kładą się na trawie i zasypiają. Nawet w centrum miasta. 

W końcu moja pięciogodzinna podróż samochodem z Nairobi do Laare trwała za dnia i mogłam wbić wzrok w szybę. 








Nasz najwytrwalszy podróżnik 













20 sierpnia 2013

W niedzielę miała się zjawić ekipa, która zajmie się kopaniem studni. Jak już mówiłam, czas tu płynie innym tempem niż w Europie dlatego mimo, że już wtorek, jeszcze ich nie ma. Cały czas mówią, że są w drodze, nie zważając na to, że 24h temu jak i podobno 3h temu dojeżdżali do Meru, które jest 2h drogi stąd.

No cóż, tak jak na kierowcę trzeba brać 4 godziny poprawki, tak na różne inne przedsięwzięcia, tydzień czasu warto mieć w zapasie. Nie ma w tym ani odrobiny przesady.


24 sierpnia 2013

Kenia zachwyca różnobarwnością. Wciąż nie mogę się napatrzeć na tę ziemię pokrytą tak odmienną, czerwoną glebą. Tu nawet zwykłe Cumulusy wyglądają niezwykle. 

Pojechaliśmy po jednego chłopca, 2 godziny drogi od Laare w głąb kraju. Pył z pod samochodu unosił się wszędzie i wlatywał do pojazdu nawet przez zamknięte okna. Podobno w czasie pory deszczowej są miejsca, przez które nie da się przejechać z powodu gęstej lepkiej papki, która pojawia się zastępując drogę. 

Odwiedziłam targ z warzywami i owocami. Panowie z metalowymi taczkami wręcz rzucali się do pomocy przy przenoszeniu zakupów w stronę auta, za jedyne 50 kenijskich szylingów. 

W stolicy przewinęło mi się przez wzrok kilkanaście białych osób, tu natomiast w rejonie, w którym mieszkam nie spotkałam dotąd na ulicy żadnej. Nie dziwi mnie więc fakt, że czuję się cały czas obserwowana. Zza pleców słyszę słowo Muzungu, tak dobrze mi znane z książek, których akcja toczy się na czarnym lądzie. 

Jednodniowa przejażdżka do Meru zakończyła się pełnym bagażnikiem żywności, pampersów dla dzieci i piasku, który był wszędzie. Przeraża mnie ta wieczorna ciemność panująca na drogach. Brak światła (nie licząc świateł samochodowych błyskających co jakiś czas), plus ciemnoskórzy ludzie chodzący wieczorami wzdłuż jezdni to niezbyt dobrany komplet. 

Przyjechała ekipa od studni, po 6 dniach. Dziś ani jutro jednak nie pracują, dlatego zaczną dopiero w poniedziałek. Ach ten Kenijski luz. 

Zakochałam się, 
w małych chatkach ukrytych w gęstwinie bananowców. 

"Dzieci mają wręcz cudowną moc, aby zmieniać się we wszystko, w co tylko zapragną." 
J. Cocteau













Kwiat bananowca





















29 sierpnia 2013

Ostatnie dni były bardzo napięte. Z tygodniową wizytą zjawiło się dwóch wolontariuszy z Polski, z którymi właśnie jedziemy matatu do Nairobi (dlatego mam pięć godzin na nadrobienie zaległości). Jutro ich wyprawa dobiega końca, wcześniej jednak na podsumowanie pobytu tej wspaniałej pary, będziemy poszukiwać pierścionka zaręczynowego. 

Przez ten czas zdążyliśmy odwiedzić trzy rodziny potrzebujące pomocy. Jedna z nich tak mocno ujęła mnie za serce, że nie mogę przestać o niej myśleć. Po śmierci matki, ojciec wychowuje szóstkę dzieci, bez żadnej pomocy, sam. Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem bo całkiem nieźle sobie radzi. W kenijskich realiach to mało spotykane poświęcenie ze strony mężczyzn. Dzieci są do niego tak mocno przywiązane, że gdy patrzę na ich twarze, robi mi się ciepło na sercu. 

W wiosce zaczęli wiercić studnie ale już po 30 metrach powstały jakieś komplikacje i oczywiście dalej musimy czekać. Wszystkim napędza to dużo stresu, gdyż cała wioska kibicuje nam przy tej trzeciej i ostatniej próbie wydobycia wody. 

Zorganizowaliśmy dla dzieci wieczór filmowy, który wzbudził ogrom radości. Na dodatek przyrządziliśmy polski kisiel, który maluchy uwielbiają. 

Wyruszyliśmy w odwiedziny do szpitala, który umiejscowiony jest w samym sercu sawanny z dala od cywilizacji. Przystosowany jest do opieki nad dziećmi chorymi na serce. W przyszłym miesiącu będzie trzeba przywieźć do niego małych pacjentów. Po drodze czułam się jak na prawdziwym safari, tylko bez obecności żadnych komercyjnych biur podróży i turystów, co uważałam za wielki plus. Mieliśmy szczęście zobaczyć wszystkie możliwe zwierzęta żyjące na sawannie, oprócz lwa, który nie występował w tym rejonie. Ponadto pełno kóz, bydła i owiec jest wypasanych i przepędzanych przez te tereny. Nasza podróż przez żółte trawy trwała pięć godzin zanim dotarliśmy do celu. Krajobraz był tak różnorodny, że zmieniał się od bananowców przez pola zbożowe do równin. Po drodze, co jakiś czas można było dostrzec małe urocze domki zamieszkiwane przez tubylców. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że mimo dzikiej natury i braku cywilizacji ludzie są tu bardziej zadbani i czyściejsi niż mieszkańcy niejednych wiosek. Podwoziliśmy naszym samochodem paru wojowników samburu. Wyglądali przepięknie. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli gdzie wysiąść, skoro wszystkie drzewa przez całą drogę wyglądały tak samo. Nie widziałam w tamtym miejscu, żadnego punktu do którego mogli się udać, ale przecież wiedzieli co robią. 

Szpital był jednym z najczystszych miejsc jakie dotąd widziałam w Kenii. Prowadzony przez pewnego starszego pogodnego Włocha, który zainwestował w niego połowę swojego życia. 

Nie mogliśmy tam zostać zbyt długo. Trzeba było wyjechać odpowiednio wcześnie, aby nie wracać po zachodzie słońca przez sawannę, bo nie należy to do najbezpieczniejszej opcji. Jeszcze na zakończenie, na drodze z Meru do Laare, natknęliśmy się na słonia w krzakach.














































































6 września 2013 

Kenijczycy nie mają zahamowań przed publicznym dłubaniem w nosie. Po spotkaniu pani policjantki robiącej to naprzeciwko mnie stwierdzam, że jest to normalne zachowanie, nie budzące u nich żadnych negatywnych uczuć.

Jeśli chodzi o mężczyzn to mają tendencję do chodzenia za rękę i nie jest to nic dziwnego. Ja jakoś nie wyobrażam sobie moich polskich znajomych w takiej sytuacji. 

Tak samo jak w Polsce, w Kenii zaczął się rok szkolny i starsze dzieci włożyły na siebie czyste mundurki. Mam nadzieję, że pozostaną takie przez dłuższy czas bo gdy zakładamy przedszkolakom nowe ubranka, następnego dnia wyglądają jak noszone przez tydzień. Nie mogę ich za to winić bo sama po swoim przykładzie widzę, że gdy wciągnę na siebie czyste ciuchy już po paru godzinach na dworze, nie wyglądają za dobrze. 

Szkoły mają wejście do każdej klasy prosto z dworu co nie wróży czystości w czasie pory deszczowej. 

Ostatnim czasem przyszło z Polski dużo paczek z prezentami od sponsorów. Radość dzieciaków nie miała końca. W zamian za to pisały do nich listy z podziękowaniami. Wszystkie paczki, które dochodzą na tutejszą pocztę są otwierane i ich zawartość jest sprawdzana, także dostajemy listy poklejone pocztową taśmą.

Dla jednej z dziewczynek, Benedetty przesłał ktoś pieniądze na zakup baterii słonecznych do jej rodzinnego domu więc szykuje się wielkie montowanie. 

Studnia nadal się wierci, stanęliśmy na 185 metrach (z 280-300 potrzebnych) i ani w górę, ani w dół. Coś co powinno trwać trzy dni, lekko się przeciągnęło. 

































Nasze (nie)zawodne, starsze ode mnie auto. 














9 września 2013 

Gatheri, nasza kucharka zajmująca się gotowaniem dla dzieci zaprosiła mnie do swojego domu. Siedziałam razem z jej trzema potężnymi siostrami w pokoju o wymiarach nie przekraczających wielkości mojej łazienki w Polsce. Samo łóżko zajmowało 2/3 pomieszczenia. Ciasne ale przynajmniej własne.

Słońce zaczyna być nieznośne. Nie powinnam się dziwić, w końcu to lato ale biorąc pod uwagę wcześniejszą pogodę jestem trochę zaskoczona. Po wczorajszym dniu spędzonym na dworze czuję jak moje czerwone poliki emanują ciepłem na odległość dwóch kilometrów. 

W każdej części Kenii panuje inny klimat. Nie dziwię się, że ten kraj uważany jest za gorący, gdyż w kurortach turystycznych typu Mombasa zawsze jest ciepło. Wystarczy pojechać w głąb lądu, na trochę wyższe wysokości nad poziomem morza by zobaczyć ludzi w swetrach i czapkach. 

Wraz z moim Kenijskim znajomym wybrałam się na wierzchołek pobliskiego wzniesienia aby ujrzeć panoramę miasta. Z jednej strony było widać całą zieloną wioskę Laare, z drugiej strony góry zaczynała się sawanna. Do dziś mnie bolą mięśnie nóg. 

Wiecie, że w całej Kenii są 42 języki? I każdy podobno zupełnie inny. 

Prace nad studnią od czterech dni stoją w tym samym miejscu, humor jednak nie opuszcza pracowników. 








14 września 2013

Czas tak szybko płynie, że przestaję go kontrolować. Tydzień za tygodniem mija z prędkością światła, a w planach jest jeszcze dużo do zrobienia. Wczoraj szykowaliśmy paczki żywnościowe dla dzieci z Ndumuru, wioski mieszczącej się na sawannie. Do pobliskiej szkoły muszą pokonać pieszo 20 km w jedną stronę. Chyba nigdy nie ukończyłabym tu podstawówki. Oczywiście nie obyło się bez oszustw ze strony dorosłych, podających się za rodziców dzieci, których akurat nie było. 

Dziś byliśmy odwiedzić dzieci w pobliskiej szkole z internatem Amungenti, gdzie chodzi mój ulubieniec Ambrose. Biedak dwa tygodnie temu pojechał tam zapominając pidżamy i skarpetek. Pole.

Panowie od studni zawinęli sprzęt i pojechali do domu. Zostawili w ziemi tylko (aż) rurę o długości 185 m wraz z wiertłem, które od kilku dni nie daje za wygraną i uparcie nie chce wyjść na zewnątrz. Mam nadzieję, że zobaczę ich jeszcze przed moim powrotem.

Steve, Kevin, Sammy, Job, Tairus, Georgi, Peter.

Na stole w kuchni leży świeżo upieczony placek z jabłkami i mango. Miał być sam jabłecznik, ale biorąc pod uwagę cenę tego owocu, postawiliśmy na tańszą, bardziej tropikalną wersję. 








































15 września 2013

Cała sobota zleciała na kolejnej podróży do Nairobi. Grafik na przyszły tydzień jest bardzo napięty. Kursowanie gdzie tylko się da. 

Po 9h siedzenia w matatu moje podkurczone mięśnie odmówiły posłuszeństwa, dobrze, że na resztę odcinków przewidziany jest samochód. 

Gdy patrzę, jak tutejsze dzieci tańczą zgrabnie, machając biodrami przy uderzeniach bębna, nie mogę wyjść z podziwu. To chyba naprawdę płynie we krwi. 

Kenijki mają wielki problem z ujarzmieniem swoich naturalnych włosów. Trudno je rozczesać i ułożyć dlatego 95% z nich doczepia sobie sztuczne. Można je kupić w każdym większym markecie zwanym Nakumat. Są plastikowe i strasznie się nagrzewają przy świecącym w zenicie słońcu. Ich skóra też wymaga czasochłonnej pielęgnacji. Gdy nie wysmarują się kremami po kąpieli, zaczyna pękać i jest bardzo szorstka. 





fot. Agata 




fot. Agata 



fot. Agata 

fot. Agata 


17 września 2013

Poniedziałek miałam okazję spędzić na pogrzebie, który zaliczał się do jednych z tych radośniejszych. Do tego dnia nie mieściło mi się w głowie, że można pożegnać bliską osobę z tak pozytywnym nastrojem. Ceremonia miała zacząć się o godzinie 11.00. Na miejsce dojechaliśmy po 12.00 i ciągle byliśmy przed czasem. Wjeżdżając na posesję, z daleka słychać było muzykę, która nie przypominała smętnych dudnień w trąbkę a raczej imprezowe letnie hity. Pod materiałowymi baldachimami poustawiane były plastikowe krzesła, co bardziej kojarzyło mi się z uroczystością weselną pod chmurką. Samochód podobny do ambulansu przywiózł trumnę z ciałem mężczyzny i postawił w samym centrum placu, pomiędzy gośćmi a prowizorycznym ołtarzykiem. Kartki z wizerunkiem zmarłego wraz z opisem jego życia były wszędzie. Prawie jak CV z datą urodzenia, ukończonymi szkołami, zawodem, liczbą dzieci i wnuków, tylko na końcu dodana była przyczyna śmierci. Pan paparazzi robił zdjęcia wszystkim uśmiechniętym gościom, po kolei jeden za drugim. Gdy władował się z aparatem prosto przed moją twarz, zaczęłam się zastanawiać, gdzie tak naprawdę się znajduję. Następnie sesja przed trumną. Najbliższa rodzina ładnie pozuje w rządku i późnej zmiana, kolej na siostry, ciotki, wujków. Co chwilę rotacja, ktoś wstaje do zdjęcia, siada, wstaje, siada i nagle niespodziewanie słyszę Laare, więc i na mnie przyszła pora. Po tym całym niedorzecznym ale jednocześnie miłym fotografowaniu zaczęła się msza podczas której temperatura powietrza drastycznie wzrosła i muchy nie dawały za wygraną. Miejsca siedzące rozłożyli prawdopodobnie w pobliżu mrowiska, bo pełno tych małych owadów krążyło po żółtych obramowaniach krzeseł. Po godzinie zaczęła przemawiać rodzina i bliscy. Nie mam pojęcia co mówili ale pewna kobieta udawała galopującego konia więc myślę, że nie były to żadne kondolencje. Trumnę przenieśli na tyły domu, gdzie pośród bananowców był wykopany wielki 2 metrowy dół. Po umieszczeniu jej w środku, goście zaczęli brać ziemię w garści i rzucać w kierunku zmarłego. Nie minęła chwila a mężczyźni podwinęli rękawy i zabrali się za łopaty. W eleganckich trzewikach szuflowali tak, że pot im spływał z czoła. W ciągu 10 minut trumna była zasypana. Zgodnie z tradycją ciało leżało głową w stronę domu aby gospodarz czuwał nad tym kto odwiedza jego skromne progi.

Czas na obiad. Udałam się do sektora przeznaczonego dla gości z Laare gdzie czekała na nas soda wraz z tradycyjnym kenijskim posiłkiem. Podczas niego zobaczyłam z dala na sznurkach porozwieszane zdjęcia, robione na samym początku wszystkim przyjezdnym. A ja jak na złość wszystkiemu zostawiłam aparat w samochodzie myśląc, że robienie zdjęć przy takiej sposobności nie będzie zbyt kulturalne.



21 września 2013

W ciągu ostatniego tygodnia odwiedziliśmy kilka pobliskich szkół, aby zapłacić czesne i skontrolować czy dzieci z naszego projektu uczęszczają na lekcje. Szkoły w Kenii nie są sponsorowane przez rząd. Każda rodzina musi wyłożyć z własnej kieszeni na edukację dzieci a gdy ma się ich siódemkę, nie jest to wcale takie łatwe. My zajmujemy się wyłapywaniem dzieci, które chcą się uczyć i opłacamy ich naukę.

Dwie dziewczyny porzuciły 4 klasę szkoły podstawowej i zaczęły szukać pracy by zarobić na rodzinę. Chłopacy z kolei często wybierają sprzedaż mirry zamiast edukacji. Takich przypadków jest niestety dużo, ponieważ to łatwy sposób na zarobienie dużej ilości pieniędzy. Później jednak wyrastają z nich ludzie, o których nie mam pozytywnego zdania. Chodząc po wiosce co chwila natrafiam na wielkie plantacje tych drzewek, między którymi siedzą mężczyźni z wielkimi ostrymi pangami i są w stanie użyć ich nawet na człowieku. Jeśli w Kenii ktoś komuś grozi, to nie należy tego bagatelizować. 

Tutejszego sprzedawcę w sklepie mięsnym zdenerwowała pewna kobieta. Mężczyznę poniosły emocje i poobcinał jej ręce tasakiem. 

Przy wejściu do centrum handlowego zawsze stoją ochroniarze, którzy sprawdzają wszystkim plecaki ze względu na ataki terrorystyczne, które zdarzały się w przeszłości. Nie rozumiem więc jak mogło dojść do dzisiejszego ataku na Westgate, o którym przed chwilą się dowiedziałam i który ciągle jeszcze trwa. Dwadzieścia sześć osób zabitych i pięćdziesiąt rannych na chwilę obecną. I pomyśleć, że jeszcze dwa dni temu przejeżdżałam obok a miesiąc temu odwiedziłam to miejsce. 



Szkolne toalety






























Laare wyryło w moim sercu pewną rysę, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Po moim powrocie, który miał miejsce już ponad 3 miesiące temu, ciągle mam w pamięci pewne osoby, zdarzenia, uśmiechy. Podsumowująca notatka z wyjazdu niestety nie zapisała się na moim komputerze. Nie spróbuję jej na nowo odtwarzać, bo z pewnością pominę ważne przemyślenia. Biorąc pod uwagę fakt, że w najbliższej przyszłości postanawiam kontynuować moją podróż, zakończenia z Kenii nie będzie.



*Post przeniesiony z http://www.photoblog.pl/viatori

Komentarze

  1. Jestem całym sercem z Tobą! Naprawdę. I zazdroszczę Ci.
    ~ Madzia!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Niskobudżetowe Oslo

Urokliwa Gruzja

Erasmus vol. 2 - Tampere, Finlandia